Patrzę na Krzyż

krzyz_z_grodeckiego_kosciola

Pani profesor siedzi za biurkiem i coś mówi. Docierają do mnie słowa, zdania. To jest seminarium magisterskie, więc prowadząca każdym studentem zajmuje się oddzielnie. Moja kolej już była, więc mogę spokojnie odpłynąć myślami. Zbiera mi się na płacz, muszę powstrzymywać łzy.

Po raz kolejny w życiu czuję, że jakiś kawałek gruntu osuwa mi się spod nóg. Jakiś mój mikro-świat się wali. Może sprawa nie jest bardzo poważna, ale dla mnie w tej chwili znaczy wiele. Nie wiem, co robić, a właściwie to lepiej pewnie na razie nie robić nic. Rozpaczliwe próby wpłynięcia na tą sytuację byłyby tylko próbą kontrolowania czegoś, na co wpływ wprawdzie mam, ale dość mocno ograniczony. Sytuacja nie zależy ode mnie i czuję się bezradna. Zrozpaczona. Znowu runęło coś, co sobie „zbudowałam”. Emocje biorą górę.

W tym momencie przypominam sobie o zaufaniu Bogu. O tym, że przecież wszystko jest w Jego rękach i nic nie może mi się stać. Że nie powinnam się zamartwiać, tylko ufać. Ale jak ufać, kiedy jest tak ciężko? Wydaje mi się to niemal niemożliwe. Ogarnia mnie rozpacz i ufność w to, że będzie dobrze, jest ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę.

Ale wtedy spoglądam na wiszący na ścianie krzyż. Prosty, drewniany, wykonany z dwóch jasnobrązowych listewek. Taki, jaki wisi w każdej sali budynku. Patrząc na niego przypominam sobie o męce Chrystusa i myślę, że skoro On tyle wycierpiał to może i to moje cierpienie ma jakiś sens. Tak jakbym chciała to swoje małe cierpienie zjednoczyć z tamtym Cierpieniem. To nie jest w pełni sformułowana myśl, bardziej uczucie.

Myślę, że Bóg wie, co jest dla nas dobre i może z tej sytuacji też chce jakieś dobro wyprowadzić. Zaczynam myśleć, że wyjdę na prostą, pomimo że chciałabym, aby to „wychodzenie” wyglądało całkiem inaczej. Ale może to właśnie jest konieczna droga. A może coś właśnie musiało runąć, bo tak skrzętnie sobie to zbudowałam, że zatrzymałabym się w miejscu? Mimo bólu zaczynam myśleć, że może ma to wszystko sens i że kiedyś może będzie dobrze. I że mimo tego, że jest jak jest, Bóg wie, co robi. Może tak właśnie ma być i to, co mam teraz zrobić, to patrzeć na Krzyż.

I nie, nie zrobiło się momentalnie dużo lżej czy łatwiej. Zupełnie nie wpisuję się w koncepcję radosnego chrześcijanina, który niczym się nie przejmuje. Problemy nie znikają natychmiast jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Powiedziałabym raczej, że właśnie przeżywam swój osobisty Wielki Post. Jest ciężko, jest trud, ból i łzy. Ale jakby trochę nieśmiało pojawiło się coś jeszcze. Nadzieja.

Reklamy

Wielkanoc

Wszystkim moim czytelnikom pragnę życzyć owocnego przeżycia tego najważniejszego w roku liturgicznym czasu.
Życzę Wam takiego zawstydzenia osobą Chrystusa, który czysty i bez skazy z wielkiego miłosierdzia w pokornym milczeniu zgadza się cierpieć i umrzeć za nasze grzechy, o jakim w swoich internetowych rekolekcjach mówił o. Szustak. Życzę każdemu szczerego przemyślenia odpowiedzi na pytanie „Czy ty znasz Go?”.
Nie chodzi jednak o załamywanie się własną grzesznością i dochodzenie do wniosku, że „do niczego się nie nadaję”. Zawstydzenie to przynieść ma szczerą chęć poprawy i pójścia za Jezusem.
Nie zapominajmy o tym, że ten Krzyż jest tak naprawdę zwycięstwem, naszym Zbawieniem i że „świat ci tego nie da, co dała Krzyżowa Droga”.
Pragnę życzyć także niezrażania się trudnościami. Krzyż nie miałby sensu, gdyby po nim nie było Zmartwychwstania. I takiego duchowego powstania z martwych życzę Wam i sobie. To wszystko, co jest w nas słabe, On ma moc uczynić doskonałym. Wystarczy oddać się w Jego kochające ręce.
A nasze zadanie trafnie chyba podsumowują słowa „Tylko zbliż się, a On zbliży się do ciebie”.
Na koniec tradycyjnie życzę wszystkim radosnych Świąt spędzonych w gronie najbliższych 🙂
—-
Tym, którzy jeszcze nie słuchali i nie wiedzą, o co chodzi, gorąco polecam posłuchać:
Rekolekcje wielkopostne „Jednym słowem” – odc. SZANOWAĆ
Poison – Czy ty znasz Go
Poison – Choćby nam mówili
Zetaigreka, Arkadio, Under, Mak – Świat ci tego nie da

„Na śmierć zapomniałem”

„O jezu, na śmierć o Tobie zapomniałem!” – takie zdanie napisał do mnie na portalu społecznościowym kolega, kiedy przypomniałam się, że byliśmy umówieni w pewnej sprawie. Zachowana pisownia oryginalna.
Nasunęło mi się pytanie, dlaczego autor tego zdania napisał imię Jezusa małą literą, a zwrot grzecznościowy „Tobie” – wielką.
Może sformułowania „o Jezu!” nie traktuje jako wymieniania imienia Boga, ale jako zwykły wykrzyknik, taki jak np. „o kurczę!”? Może jest niewierzący? Ale nawet osoba niewierząca powinna chyba pisać imiona wielką literą. Może chciał w ten sposób wyrazić, że jestem dla niego ważniejsza od Jezusa?
Pozostawmy w tym miejscu rozważania nad intencjami mojego znajomego, gdyż on zapewne się nad tym nie zastanawiał i być może napisał to całkowicie nieintencjonalnie. Jedno jednak widać wyraźnie – autor powyższego sformułowania w momencie jego pisania całkowicie zapomniał o Jezusie.
A czy my o Nim nie zapominamy?
Kiedy mówimy „o Jezu” albo „o Boże” tak naprawdę wcale nie myślimy o Bogu. Może nawet wypowiadamy te słowa zupełnie nieświadomie. Ale na pewno nie Bóg nam wtedy w głowie. A przynajmniej w wielu wypadkach tak nie jest. Nawet w książkach takie sformułowania pisane są czasem małą literą. Imię Boga stało się niczym więcej jak tylko jednym z wykrzykników, za pomocą których można wyrazić emocje, zrównanym czasem nawet z tymi niecenzuralnymi.
Ale nie w tym, a na pewno nie tylko w tym rzecz. To zjawisko jest jedynie symptomem. Symptomem zapomnienia o Bogu.
„Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie.” – 1 Kor 10, 31.
Cokolwiek robimy, powinniśmy robić to z myślą o Nim i dla Niego, dla pomnażania Jego chwały.
Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy wszystko, co robimy, robimy na chwałę Bożą?
Kiedy grzeszymy, na pewno jesteśmy od tego dalecy. A ile razy dziennie zdarza nam się zgrzeszyć? Mi osobiście niemało. Ktoś pomyśli, że grzech to jedynie zabójstwo, kradzież, cudzołóstwo… A są przecież całe setki tych drobnych „grzeszków” o których nawet nie myślimy, a które przecież popełniamy. Kłótnie, przekleństwa, marnowanie czasu, lenistwo (jeden z grzechów głównych!), pomyślenie o kimś z niechęcią czy wyższością, zaniedbywanie modlitwy… Choćby nawet i wymawianie Bożego imienia nadaremno czy w złości.
„Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie.”
Wszystkie nasze codzienne zajęcia powinny być naszą służbą Bogu, wypełnianiem obowiązków naszego stanu. Ale ilu z nas rzeczywiście pracując zawodowo czy w domu, robi to z myślą o Bogu i dla Boga? Rzucamy się w wir swoich zajęć, a Bóg wystarczy od święta. Brak jest stałej relacji z Nim, zjednoczenia, stałego dialogu, nieustannej modlitwy każdym gestem. Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem lepsza. Nie jestem. Na moje ziemskie obowiązki patrzę przeważnie z ziemskiego punktu widzenia, jak każdy narzekam i jak każdy czasami mam ich serdecznie dosyć. Słyszę też nieraz, jak padają z ust różnych osób niecenzuralne słowa określające ich pracę czy też coś, co muszą wykonać. A tutaj taka niespodzianka, że ta pieprzona praca to SŁUŻBA BOGU! A przecież tak często deklarujemy, że chcielibyśmy Mu służyć. To samo tyczy się obowiązków domowych. Żyjąc w stanie wolnym, małżeńskim, czy zakonnym, posiadamy określone obowiązki i to właśnie pełne miłości ich wypełnianie jest realizowaniem własnego powołania. Wypełnianie jak najlepsze, w służbie Bogu.

I oby nikt z nas, stając kiedyś przed Nim, nie powiedział „O Jezu, na śmierć o Tobie zapomniałem!”.

Zabezpiecz się w BUWie

Zdjęcie0271

Nie sądziłam, że można urazić kogoś, przeprowadzając akcję mającą wzniosły cel, jakim bez wątpienia jest walka z rakiem. A już na pewno nie sądziłam, że można zrobić to w tak banalny sposób. A jednak można.

Jakiś czas temu dość głośna w kręgach studenckich była akcja „Pink Lips Project” mająca na celu walkę z rakiem szyjki macicy.

Będąc w Bibliotece UW, natknęłam się wówczas na stoisko powiązane właśnie z tą akcją. Dziewczyny przy stoisku zajmowały się propagowaniem badań pomagających wcześnie wykryć raka piersi i raka szyjki macicy – rozdawały ulotki, opwiadały na temat samodzielnego badania piersi i w zamyśle miały też chyba opowiadać coś o cytologii, ale pani, która zajmowała się tym aspektem, nie miała najwyraźniej zamiaru się do mnie odezwać. Dostałam też kalendarzyk menstruacyjny i kilka ulotek na temat zdrowej diety, a na stoliku leżały też inne broszury, spośród których poczęstowałam się tą o profilaktyce AIDS, nieco przypadkowo, bo nie uważałam, żeby było mi to szczególnie potrzebne. Wszystko pięknie.

I tu zaczęła się najciekawsza część programu. Loteria. Żeby wygrać, trzeba było odpowiedzieć na pytanie dotyczące profilaktyki raka szyjki macicy. Wylosowałam pytanie „Czy przeciwko wirusowi HPV można się zaszczepić?”. Jak by nie patrzeć, przydatna wiedza. Odpowiedziałam poprawnie i miałam otrzymać nagrodę.

I właśnie w tym momencie czekała mnie największa niespodzianka. Otóż pani obsługująca loterię wyciągnęła spod leżącego na stole kapelusza i z radosnym uśmiechem wręczyła mi… prezerwatywę. Również się uśmiechnęłam, nie będąc do końca pewna, czy to, co widzę, jest tym, o czym myślę. Odeszłam od stoiska, upewniłam się co do moich przypuszczeń i, najprościej rzecz ujmując, wkurzyłam się.

Bo dlaczego to dziewczę przypuszcza, że prezerwatywa jest mi potrzebna? Czy skoro jestem młoda, nieco po dwudziestce, to na pewno aktywna seksualnie? A może wyglądam na osobę, która uprawia seks?

A może jest wprost przeciwnie – nie jestem aktywna seksualnie i w najbliższym czasie nie zamierzam – tak gdzieś do zamążpójścia. A potem, mam nadzieję, ani mnie, ani mojemu mężowi nie będą potrzebne prezerwatywy ani inne środki antykoncepcyjne, a nawet śmiem żywić nadzieję, że będą one całkowicie zbędne, a wręcz niepożądane w naszym małżeńskim pożyciu.

Skąd, do jasnej choinki, założenie, że człowiekowi potrzebna jest w życiu prezerwatywa tak z definicji?

W dodatku nie miało to za wiele wspólnego z celem akcji – prezarwatywa nie zabezpiecza przed zarażeniem wirusem HPV, sprawdziłam.

Potem widziałam, jak do stoiska podeszła starsza pani. Zastanawiałam się, czy ona też otrzyma taką „nagrodę”, jednak pani dostała różową szminkę. Widocznie dziewczyna ze stoiska doszła do słusznego wniosku, że wręczenie prezerwatywy starszej kobiecie byłoby niesmaczne. Dlaczego nie uznała za niesmaczne wręczenie jej z uśmiechem na twarzy kobiecie młodej, tego nie wiem.

A co do samej prezerwatywy – na razie ukryłam ją przed domownikami. A zanim wyląduje w śmietniku, dokładnie ją sobie obejrzę. W końcu taka okazja może się już więcej nie powtórzyć.

Droga Krzyżowa

b.800.600.0.1.s.stories.Galerie.2007.2007-03-02 droga krzyzowa.03

Miałam tydzień temu w piątek pilną sprawę do załatwienia w kancelarii parafialnej. Przy okazji miałam pójść na Drogę Krzyżową dla dzieci. Niestety, pomyliłam się o pół godziny i weszłam do kościoła w momencie, kiedy Droga Krzyżowa właśnie się kończyła. Pomyślałam, że może przynajmniej załatwię swoją pilną sprawę, ale ksiądz w zakrystii kazał mi przyjść po zakończeniu wszystkich nabożeństw do księdza proboszcza. Musiałam więc przyjść do kościoła jeszcze raz.

Dobrze przynajmniej, że było ciepło. Pomyślałam, że jestem zmęczona, więc nie będę szła już na Drogę Krzyżową dla dorosłych, która odbywa się po wieczornej mszy, tylko pójdę już na jej zakończenie, żeby załatwić swoją sprawę.

Ale gdy przyszłam po raz drugi do kościoła, okazało się, że msza wieczorna właśnie się kończy, czeka mnie więc cała Droga Krzyżowa od początku do końca.

Na początku się zdenerwowałam. Przecież w domu na mnie czekają, mam jeszcze po drodze pójść do sklepu. Nie na rękę mi to. Nabożeństwo na pewno skończy się późno, w domu będą się niepokoić, w sklepie już niczego nie dostanę, przed wejściem do kościoła bezskutecznie próbowałam dodzwonić się do dwóch osób, więc na pewno będą oddzwaniać, a ja nie będę mogła odebrać, wyłączę telefon, cały czas będę o tym myślała, w ogóle na pewno będzie mi się to niemiłosiernie dłużyć, będę się stresować, przecież mi się spieszy. A jak usłyszałam, że będą czytane komentarze świętego Jana Pawła II, to zrezygnowana pomyślałam, że teraz to już na pewno będzie długo (nie sprawdziło się).

Ale skoro już jestem, to wezmę udział w nabożeństwie, pójdę z wszystkimi i będę słuchać. Może Pan Bóg tak chciał.

I kiedy tam byłam, to najpierw postanowiłam postarać się wynieść z tego jak najwięcej. I słuchając, coraz rzadziej nerwowo się rozglądałam i coraz bardziej chciałam tam być, iść i słuchać (chociaż tamte myśli później czasem powracały i trzeba było je odganiać). Słuchać słów, które Bóg do mnie wypowiadał przez usta kapłana.

Walentynki czy dzień świra?

20%.

To dużo czy mało?

20% Polaków.

Co piąty z nas.

Właśnie tyle zmaga się z różnego rodzaju chorobami, zaburzeniami, dolegliwościami psychicznymi. Mimo to o takich osobach się nie słyszy i nie mówi, a jeśli się mówi, to jako o kimś gorszym od nas – idealnych, a przede wszystkim NORMALNYCH. Nie mówi się o tych przypadłościach również ze strachu przed odrzuceniem i stygmatyzacją, bo co powiedzą ludzie? A nawet i wśród samych dotkniętych tymi przypadłościami patrzy się z wyższością na tego, kto „ma gorzej”, nie jak na osobę jadącą bądź co bądź na tym samym wózku.

Ja też czasem patrzę na tych ludzi z góry, nazywam głupim kuzyna-alkoholika, któremu na starość pomieszało się w głowie. O ile więcej wrażliwości na drugiego człowieka było we mnie kilka lat temu, kiedy starałam się go zrozumieć. Chciałam wtedy mu pomóc. Potem zrozumiałam, że jemu pomóc się nie da, bo on nie chce zrobić nic, żeby wyjść z nałogu. Ale wraz z chęcią pomocy zniknęła gdzieś moja empatia, a na jej miejscu pojawiła się wyższość i jakaś nuta pogardy. A czy mamy prawo oceniać tego starszego człowieka, o którym tak naprawdę nie wiemy nic? Nie wiemy, skąd przyszedł ani jak doszedł to tego miejsca.

Albo czy mamy prawo oceniać dziewczynę, która wychowywała się jako córka pijaka i awanturnika i teraz jest trochę „zdziwaczała”? Ileż to osób nazywa ją głupią, nienormalną, czy niedorozwiniętą, nie wspominając o epitetach, których powtórzyć tu nie wypada. A może wystarczyłoby się odrobinę na nią otworzyć, nie szufladkować, tylko spróbować ją taką pokochać…

Któregoś dnia w minionym roku na moim ulubionym blogu rzucił mi się w oczy tytuł „Ciemna strona walentynek”. Zaciekawiona kliknęłam artykuł w obawie, że zaraz okaże się, że walentynki są jakimś kolejnym szatańskim wymysłem. Okazało się jednak, że chodzi o ciemniejszą stronę samego świętego, no i znów spodziewałam się jakichś mrocznych aspektów jego życiorysu. Nic z tych rzeczy. Chodziło bowiem o to, że św. Walenty ma w swojej opiece nie tylko zakochanych, jak to się powszechnie sądzi, ale również osoby cierpiące na choroby psychiczne, nerwice, a także epileptyków.

W tym dniu chcę przypomnieć o wszystkich tych, którzy cierpią na różnego rodzaju dolegliwości psychiczne. Mniejsze i większe.

Dużo ludzi sądzi, że gorszy jest ten, kto korzysta z pomocy psychologicznej. Że to wstyd. A właśnie ta osoba robi krok w kierunku normalnego życia. Nie jest wstydem chcieć się wyleczyć. Nie patrzmy na nich jak na przysłowiowych wariatów. Nie przekreślajmy z góry tych, którzy nie zawsze potrafią myśleć racjonalnie. Albo tych, którym normalne funkcjonowanie umożliwiają leki. Wreszcie, zdobądźmy się na mały gest serdeczności w stronę tych, którym ani leki, ani terapia już nie pomogą. I dajmy szansę na normalne życie tym, którym choroba może na to pozwolić. Życie bez wytykania palcami.

Nie nazywajmy tych osób głupimi. To jest choroba. Czy gdyby nas samych ona dotknęła lub bliską nam osobę, czulibyśmy się dobrze, słysząc takie określenia? Tak jak każdy może zachorować na zapalenie wyrostka, tak samo każdego może dotknąć schorzenie natury psychicznej.

Ja też jestem takim „świrem”. Korzystam od pewnego czasu z pomocy psychologa. Bywa, że sporo mnie to kosztuje i wracam do domu chwiejnym krokiem, mimo że używek nie widziałam nawet na oczy. Bywa i tak. Ale mam nadzieję, że jest to dla mnie szansą na lepsze życie. Lepszą przyszłość. Takich „świrów” jest wokół mnie niemało. Właściwie całkiem sporo ich w moim otoczeniu. I może nawet z którymś z nich spędzę to nasze święto.

—————————————————————————————————————————————————–

Walentynkowa akcja na Deon.pl:

http://www.deon.pl/walentynki

—————————————————————————————————————————————————–

Wpis na prośbę Krzyśka z Pochwalony.eu

Walentynki z siostrą

Walentynki-LOGGO

Podstępnie i nieubłaganie zbliża się dzień 14 lutego. Walentynki. Święto zakochanych. A dla niektórych może raczej dzień wręczania plastikowych serduszek i innych kiczowatych prezentów ze znaczną dozą czerwieni i najlepiej z angielskim napisem „I love you”.

Zaś dla tych, którzy ciągle pozostają bez pary i nie jest to dla nich stan przyjemny, jest to dzień dość nielubiany. Wszędzie widać zakochanych, co tylko przypomina o nieposiadaniu takiej osoby we własnym życiu. Ale i dla nich przewidziane są atrakcje. Mogą oni na przykład pójść na dyskotekę dla singli i dostać przy wejściu odblaskową bransoletkę z napisem „FU*K ME”. Jeżeli zaś nie są typami imprezowiczów, mogą, powiedzmy, dołączyć na Facebooku do jednego z licznych wydarzeń typu: „Nienawidzę walentynek”, „Piję wódkę w walentynki” czy „W walentynki walę drinki”.

Ja zaś chciałabym przedstawić swoją walentynkową ofertę dla osób samotnych (czyżby?) i mam nadzieję, że przynajmniej dla niektórych czytelników okaże się ona ciekawsza od wyżej wymienionych. W tym roku akurat wypada sobota, więc tym lepiej 🙂

Zacznijmy od tego, że walentynki może i są przereklamowane i skomercjalizowane, ale mogą być dobrą okazją do okazywania sobie miłości.

Chodzącym ze sobą i narzeczonym pewnie nie trzeba zbytnio podpowiadać, jak można spędzić ten dzień, możliwości miłego i romantycznego spędzenia czasu jest mnóstwo, albo, jak kto woli, można też postawić na wspólną zabawę. Choć może fajnie, by nie zabrakło też w tym dniu miłości prawdziwej, która nie kończy się na motylkach w brzuchu – może wspólne obejrzenie wartościowego filmu? Albo po prostu bycie razem – takie, które może pogłębić relację.

Schody powolutku zaczynają się w małżeństwie. Szczególnie dotyczy to małżeństw z długim stażem. Może 14 lutego to dobra okazja, żeby wybrać się na miesiącami (a nawet latami) odkładaną małżeńską randkę? Tak szczerze – kiedy ostatnio byliście gdzieś razem, bez dzieci? Kiedy spędziliście romantyczny wieczór? Kiedy ostatnio czuliście się w sobie naprawdę zakochani? A jeśli już naprawdę spędzenie czasu tylko we dwoje jest zupełnie niemożliwe do zrealizowania, to może być to okazja do okazania sobie wzajemnej miłości, czułości, wręczenia drobnego upominku, który ucieszy współmałżonka.

A osoby samotne – czy naprawdę są samotne? Czy nie macie nikogo, kogo kochacie, na kim Wam zależy? Myślę, że warto spędzić ten dzień, okazując to ukochanym osobom. A więc: możecie spędzić walentynki z siostrą, bratem, przyjaciółką, kumplem, mamą, tatą, dziadkami, starszą sąsiadką i z kim jeszcze tylko będziecie mieli ochotę, a może nawet z całą grupą osób. Dziewczyny, kupcie siostrze albo przyjaciółce kiczowate walentynkowe serduszko. Idźcie razem do kina, byle tylko nie na komedię romantyczną. Albo obejrzyjcie film w domu z kubkiem gorącej czekolady albo herbaty z rumem, albo grzanym winem. Jak szaleć, to szaleć 😉 Chłopaki, może serduszka sobie darujcie, bo jeszcze Was o coś posądzą, ale wypad do kina – czemu nie? A gdyby tak na łyżwy? Może warto wręczyć drobny upominek komuś z rodziny, poświęcić czas osobie, dla której rzadko go miewaliśmy, może spędzić dzień z rodzeństwem i okazać miłość tym najbliższym osobom, z którymi najczęściej tylko się czubimy, choć przecież kochamy. A może nawet będzie to okazja do bliższego zapoznania, bo bywa i tak, że o życiu własnego rodzeństwa czy innych członków rodziny wiemy niezbyt wiele, choć mieszkamy pod jednym dachem.

To tylko kilka pomysłów. Lista sposobów na to, jak spędzić ten dzień, może być bardzo długa. Ja zaś mam nadzieję, że wypełnią go radość i miłość.

Dlaczego jestem „wredna” na FB

Być może zaraz posypią się negatywne komentarze, jeśli nie na blogu, to w umysłach czytelników.

Być może.

Bo na Facebooku potrafię być wredna.

Dopuszczam się mianowicie strasznej zbrodni, jaką jest zgłaszanie treści, które uznam za nieprzyzwoite lub wręcz pornograficzne.

Po prostu jeśli coś takiego gdzieś zobaczę, to zgłaszam do obsługi. I wbrew obiegowym opiniom te „najgorsze” z nich rzeczywiście są usuwane.

A dlaczego to robię? Bynajmniej nie z wrodzonej skłonności do bycia wredną i robienia ludziom na złość.

Po pierwsze, sprzeciwiam się stanowczo demoralizacji społeczeństwa, jaką to za sobą niesie. Oswajanie z erotyką w takim wydaniu, stopniowe przyzwyczajanie się do tego jako do czegoś „normalnego”. Nie jest normalne patrzenie na człowieka jak na przedmiot pożądania i seksualnego zaspokojenia. Kropka. I nawet jeżeli ktoś nie myśli w ten sposób, nawet jeżeli tę sferę życia ma bardzo poukładaną, co niestety nie jest normą, to i tak te obrazy w głowie zostają i potrafią wracać w myślach i uczuciach mimo, że na poziomie racjonalnym tego nie chcemy.

Ten argument może się jednak wydać niektórym osobom niewystarczający, więc: Ktoś może sobie zwyczajnie nie życzyć tego, żeby były mu pokazywane takie obrazki. Po prostu nie ma ochoty na to patrzeć, czuje się zniesmaczony – nie każdy musi to lubić, wbrew temu, co niektórzy starają się nam wcisnąć. A kiedy ktoś z jego znajomych wstawia takie treści na FB, zwyczajnie jest do tego zmuszony. Nie ma wyjścia. Musi oglądać porno, czy mu się to podoba, czy nie. Uwierzcie mi, jeżeli ktoś ma ochotę pooglądać sobie pornografię, to ma ją na wyciągnięcie ręki w tylu miejscach w Internecie, że z pewnością sobie poradzi. Nie musicie mu w tym uczynnie pomagać, udostępniając ją na Facebooku.

I wreszcie po trzecie: z Facebooka korzystają dzieci. I to coraz młodsze dzieci. Czy chcemy fundować oglądanie takich treści tym najmłodszym, niewinnym umysłom, dopiero się kształtującym, nieumiejącym jeszcze tak dobrze odróżniać dobra od zła, niemającym wypracowanego własnego systemu przekonań i wartości, na którym oprą to, czy taki przekaz uważają za słuszny, czy też nie? I skąd te dzieci będą czerpać swoją wiedzę o seksualnym aspekcie naszego istnienia? Właśnie z takich zdjęć czy filmików, wrzucanych często po prostu bezmyślnie. Jeżeli nastolatek zechce sobie obejrzeć porno, to je obejrzy, bez względu na nas. Ale dlaczego mamy mu to porno udostępniać i wręcz zmuszać do jego oglądania, bo jak ktoś ma takie zdjęcia na profilowym, to zwyczajnie nie ma innego wyjścia. W imię czego? Może przekazywania dzieciom wiedzy o seksie, bo nie umiemy inaczej. Tylko czy na pewno chcemy, aby nasze dzieci uczyły się TAKIEGO podejścia do seksualności? Ja nie chcę. I dlatego krew mnie zalewa, gdy widzę, że ktoś, kto ma dzieci korzystające z Facebooka, publikuje erotyczne, czy wręcz pornograficzne zdjęcia.

Podsumowując: Jestem wredna, będę wredna. Ale wierzę, że ma to swój cel i sens.

Prawda nie taka ukryta

Nie wypada, aby studentka trzeciego roku oglądała programy typu „Ukryta prawda”, „Dlaczego ja?” albo „Trudne sprawy”. Jednak studentce trzeciego roku zdarza się czasem takie programy oglądać. Wprawdzie studentka nie pamięta już, kiedy ostatnio taki program oglądała, jednak nie było to tak dawno, żeby nie pamiętała już, co tam zobaczyła.

Zobaczyła mianowicie rodzinę, w której mąż pochłonięty własną karierą zaczyna źle traktować swoją małżonkę, robi awantury o byle głupstwo i jeszcze domaga się od niej współżycia. I żeby było od początku jasne: nikomu nie życzę takiego traktowania w małżeństwie i całkowicie rozumiem reakcję żony, która wskutek tego od męża się odsuwa. Spłycona została jedynie sprawa współżycia – otóż żona mówi, że przy takim mężu zwyczajnie nie potrafi się podniecić. Nie wiem, jak reszta ale ja na przykład odmawiając mężowi współżycia w takiej sytuacji zrobiłabym to z przyczyny nieco innej – nie chciałabym pozwolić, aby traktowano mnie przedmiotowo. Ale nie o tym mam zamiar pisać.

Zmartwioną zaistniałą sytuacją rodzinną małżonkę wspiera jej przyjaciółka. Po pewnym czasie żona stawia mężowi ultimatum i mówi, że jeżeli w porę się nie opamięta, to być może nie uda się już uratować ich małżeństwa. Po czym żona spędza noc u swojej przyjaciółki, a mąż w tym czasie dochodzi do wniosku, że jednak jego ostatnie zachowanie było karygodne i postanawia ratować swoje małżeństwo. Dla widza jest oczywiste, że żona zdradziła męża, jednak małżonek nie jest tego świadom.

Następnie widzimy sielankę rodzinną, kiedy to mąż próbuje naprawić to, co zepsuł w czasie ostatnich miesięcy, a żona sprawia wrażenie szczęśliwej. I gdyby producent tego programu propagował wartości rodzinne, w tym miejscu program mógłby się zakończyć, pozostałaby jedynie do rozwikłania kwestia, czy mąż wybaczy żonie zdradę, gdy się o niej dowie, czy też nie.

Jednak, jak wiadomo, od producentów takich programów propagowania wartości rodzinnych wymagać nie można i postawa taka byłaby naiwnością człowieka nieznającego życia. Tak więc żona pomimo radykalnej zmiany postępowania męża rezygnuje z dania mu szansy i postanawia odejść, gdyż w międzyczasie zdążyła zakochać się już w kim innym.

I tu by jeszcze wszystko mogło być zrozumiałe, gdyż należy też zrozumieć uczucia żony, która mogła nie umieć ot tak wybaczyć mężowi jego zachowania, a mogłaby też nie wierzyć w jego nagłą przemianę (choć wydaje mi się, że po 20 latach szczęśliwego małżeństwa i kilku miesiącach kryzysu człowiek zasługuje jednak na szansę).

Sprawa wygląda natomiast tak, że żona martwi się zerwanymi kontami z przyjaciółką i postanawia je odnowić, a kiedy okazuje się, że ta ma zamiar na stałe wyjechać z Polski, postanawia rozwieść się ze swoim mężem, gdyż zdaje sobie sprawę, że to swoją przyjaciółkę kocha i z nią chce dzielić życie.

Tak więc staje się jasne, że telewizja emitująca ten program propaguje homoseksualizm. I to homoseksualizm w najgorszej jego odmianie – bo nic bym jeszcze nie powiedziała, gdyby sprawa dotyczyła dwóch młodych dziewczyn bez żadnych zobowiązań – przecież nie można komuś odebrać prawa do decydowania o własnym życiu. Ale tutaj mamy kobietę od wielu lat zamężną, mającą dorosłą córkę. I ta oto kobieta nareszcie jest w pełni szczęśliwa, bo rozbiła tę oto rodzinę, gdyż właśnie zdała sobie sprawę, że jest homo. A ja się pytam: gdzie jest odpowiedzialność? Za drugą osobę, za rodzinę, za podjętą kiedyś decyzję i za przysięgę złożoną przed ołtarzem?

I mogę się mylić, ale wydaje mi się, że rzadko kiedy tak długo pokazywana jest całująca się para płci mieszanej, jak pokazane były te dwie całujące się kobiety. I już wiemy, jakie wartości mamy propagowane.

Wiemy też, że program ten emitowany jest w godzinach popołudniowych i że ogląda go dużo dzieci i młodzieży.

Tak więc patrz, prosty ludu. Co tam lud, patrzcie dzieci, jaki homoseksualizm jest fajny. Patrzcie, jak się panie całują. Patrzcie, w tym nie ma nic dziwnego. A czasem może się zdarzyć, że tatuś lub mamusia będą szczęśliwsi, jeśli zostawią drugiego rodzica i zwiążą się z osobą tej samej płci. I wtedy powstanie bardzo fajna, kochająca się, patchworkowa rodzinka.

A tak poza tym, to osoby, która ukrywa swoją orientację przed przyjaciółką, by następnie niespodziewanie pójść z nią do łóżka, kiedy ta chce się przytulić jako do bliskiej osoby przytłoczona problemami, przyjaciółką bym nie nazwała.

Pozwolę sobie nieco przewrotnie zakończyć, że Prawda nie jest wcale taka ukryta, tylko niektórzy może jeszcze nie potrafią jej odkryć…