Prawda nie taka ukryta

Nie wypada, aby studentka trzeciego roku oglądała programy typu „Ukryta prawda”, „Dlaczego ja?” albo „Trudne sprawy”. Jednak studentce trzeciego roku zdarza się czasem takie programy oglądać. Wprawdzie studentka nie pamięta już, kiedy ostatnio taki program oglądała, jednak nie było to tak dawno, żeby nie pamiętała już, co tam zobaczyła.

Zobaczyła mianowicie rodzinę, w której mąż pochłonięty własną karierą zaczyna źle traktować swoją małżonkę, robi awantury o byle głupstwo i jeszcze domaga się od niej współżycia. I żeby było od początku jasne: nikomu nie życzę takiego traktowania w małżeństwie i całkowicie rozumiem reakcję żony, która wskutek tego od męża się odsuwa. Spłycona została jedynie sprawa współżycia – otóż żona mówi, że przy takim mężu zwyczajnie nie potrafi się podniecić. Nie wiem, jak reszta ale ja na przykład odmawiając mężowi współżycia w takiej sytuacji zrobiłabym to z przyczyny nieco innej – nie chciałabym pozwolić, aby traktowano mnie przedmiotowo. Ale nie o tym mam zamiar pisać.

Zmartwioną zaistniałą sytuacją rodzinną małżonkę wspiera jej przyjaciółka. Po pewnym czasie żona stawia mężowi ultimatum i mówi, że jeżeli w porę się nie opamięta, to być może nie uda się już uratować ich małżeństwa. Po czym żona spędza noc u swojej przyjaciółki, a mąż w tym czasie dochodzi do wniosku, że jednak jego ostatnie zachowanie było karygodne i postanawia ratować swoje małżeństwo. Dla widza jest oczywiste, że żona zdradziła męża, jednak małżonek nie jest tego świadom.

Następnie widzimy sielankę rodzinną, kiedy to mąż próbuje naprawić to, co zepsuł w czasie ostatnich miesięcy, a żona sprawia wrażenie szczęśliwej. I gdyby producent tego programu propagował wartości rodzinne, w tym miejscu program mógłby się zakończyć, pozostałaby jedynie do rozwikłania kwestia, czy mąż wybaczy żonie zdradę, gdy się o niej dowie, czy też nie.

Jednak, jak wiadomo, od producentów takich programów propagowania wartości rodzinnych wymagać nie można i postawa taka byłaby naiwnością człowieka nieznającego życia. Tak więc żona pomimo radykalnej zmiany postępowania męża rezygnuje z dania mu szansy i postanawia odejść, gdyż w międzyczasie zdążyła zakochać się już w kim innym.

I tu by jeszcze wszystko mogło być zrozumiałe, gdyż należy też zrozumieć uczucia żony, która mogła nie umieć ot tak wybaczyć mężowi jego zachowania, a mogłaby też nie wierzyć w jego nagłą przemianę (choć wydaje mi się, że po 20 latach szczęśliwego małżeństwa i kilku miesiącach kryzysu człowiek zasługuje jednak na szansę).

Sprawa wygląda natomiast tak, że żona martwi się zerwanymi kontami z przyjaciółką i postanawia je odnowić, a kiedy okazuje się, że ta ma zamiar na stałe wyjechać z Polski, postanawia rozwieść się ze swoim mężem, gdyż zdaje sobie sprawę, że to swoją przyjaciółkę kocha i z nią chce dzielić życie.

Tak więc staje się jasne, że telewizja emitująca ten program propaguje homoseksualizm. I to homoseksualizm w najgorszej jego odmianie – bo nic bym jeszcze nie powiedziała, gdyby sprawa dotyczyła dwóch młodych dziewczyn bez żadnych zobowiązań – przecież nie można komuś odebrać prawa do decydowania o własnym życiu. Ale tutaj mamy kobietę od wielu lat zamężną, mającą dorosłą córkę. I ta oto kobieta nareszcie jest w pełni szczęśliwa, bo rozbiła tę oto rodzinę, gdyż właśnie zdała sobie sprawę, że jest homo. A ja się pytam: gdzie jest odpowiedzialność? Za drugą osobę, za rodzinę, za podjętą kiedyś decyzję i za przysięgę złożoną przed ołtarzem?

I mogę się mylić, ale wydaje mi się, że rzadko kiedy tak długo pokazywana jest całująca się para płci mieszanej, jak pokazane były te dwie całujące się kobiety. I już wiemy, jakie wartości mamy propagowane.

Wiemy też, że program ten emitowany jest w godzinach popołudniowych i że ogląda go dużo dzieci i młodzieży.

Tak więc patrz, prosty ludu. Co tam lud, patrzcie dzieci, jaki homoseksualizm jest fajny. Patrzcie, jak się panie całują. Patrzcie, w tym nie ma nic dziwnego. A czasem może się zdarzyć, że tatuś lub mamusia będą szczęśliwsi, jeśli zostawią drugiego rodzica i zwiążą się z osobą tej samej płci. I wtedy powstanie bardzo fajna, kochająca się, patchworkowa rodzinka.

A tak poza tym, to osoby, która ukrywa swoją orientację przed przyjaciółką, by następnie niespodziewanie pójść z nią do łóżka, kiedy ta chce się przytulić jako do bliskiej osoby przytłoczona problemami, przyjaciółką bym nie nazwała.

Pozwolę sobie nieco przewrotnie zakończyć, że Prawda nie jest wcale taka ukryta, tylko niektórzy może jeszcze nie potrafią jej odkryć…

Reklamy

To, co najważniejsze

W miniony czwartek ze smutkiem przyjęłam wiadomość o śmierci naszego księdza proboszcza. I nie jest to pusta formułka „ze smutkiem przyjęliśmy wiadomość… bla bla”. Był to człowiek, którego znałam niemalże od urodzenia, z którym czułam się w pewien sposób związana i choć wiedziałam, że od lat zmaga się ze śmiertelną chorobą, to ta wiadomość mnie zaskoczyła. Dziękuję za to, że mogłam pożegnać się z Nim przed pogrzebem, za to, że mogłam usłyszeć odczytywane słowa pożegnania, które po sobie pozostawił i które były dla mnie wyjaśnieniem i pogodzeniem się po ostatnim nieporozumieniu, jakie między nami zaistniało – tak, że nie zostałam sama z myślą, że byłam na niego trochę obrażona, a teraz on odszedł…

Nie potrafiłam tej wiadomości przekazać domownikom i chyba bym wybrała najgorszą opcję z możliwych, czyli czekanie aż sami się o tym dowiedzą z parafialnych ogłoszeń, gdyby nie to, że zostałam poproszona o śpiewanie w chórze na uroczystościach pogrzebowych i musiałam iść wieczorem na próbę. No bo jak to powiedzieć? „Proboszcz umarł”? „Proboszcz nie żyje”? Jakie to obcesowe.

Zaraz po tym, jak przeczytałam tę wiadomość na ekranie komputera, nie byłam w stanie dłużej patrzeć w monitor – położyłam się do łóżka i myślałam o tym, co się wydarzyło. A moi nieświadomi niczego domownicy sprzeczali się w tym czasie o jakieś nieproporcjonalnie błahe sprawy. Nie mówiąc już o tym, jak bardzo irytowały mnie wesołe przyśpiewki w domu, kiedy wróciłam do niego zaraz po ucałowaniu trumny.

Takie „głupoty” drażnią w zderzeniu z czyjąś śmiercią, kiedy chciałoby się pogrążyć w zadumie, uczcić jakoś pamięć zmarłego i przeżyć swój smutek.

Mam nadzieję, że nikt z Was nie musi przeżywać tych Świąt na smutno, kiedy kolędy nie cieszą, a puste miejsce przy stole nabiera zupełnie nowego wymiaru.

Piszę to, aby zwrócić uwagę na to, że czasem rzeczy błahe przyćmiewają to, co najważniejsze, szczególnie w święta. Postarajmy się to Najważniejsze wydobyć, przeżyć je z Bogiem, zdając sobie sprawę z ich prawdziwej istoty. Postarajmy się przemyśleć dziś to, co wydarzyło się w Betlejemskiej stajence ponad 2000 lat temu i tak przeżyć te święta, aby nie skończyło się to wszystko na kilku wzruszeniach, ale by nasz wzrost duchowy był trwały dzięki Temu, który był Bogiem, ale zszedł jako Człowiek na ziemię. Dla nas.

Święta będą

Jeszcze tylko chwila i będziemy dzielić się opłatkiem. Trzeba dopiąć wszystko na ostatni guzik. Zabiegani robimy ostatnie zakupy, gotujemy, sprzątamy. W ferworze przygotowań zapominamy często, że w tych świętach nie chodzi o ilość prezentów pod choinką czy stół uginający się od jedzenia. Zapominamy o tym, aby wspólnie cieszyć się z Bożego Narodzenia. Narodzenia Boga. WSPÓLNIE.

Bóg chce wspólnoty w naszych rodzinach. Między innymi po to są święta – aby budować w naszym otoczeniu trwałą wspólnotę. I nieważne, czy choinka będzie stała bardziej na prawo, czy bardziej po środku – ważne, że będzie nasza, wspólna.

Może warto w czasie przedświątecznych przygotowań na chwilę się zatrzymać. Zrobić coś razem. Coś, co będzie nas łączyć. Nic w czasie przygotowań do świąt nie jednoczy tak, jak wspólne lepienie pierogów. Zwłaszcza, jeżeli robi się je dla dużej rodziny. A może ubrać razem choinkę? Każdy może znaleźć coś, co mógłby robić wspólnie z domownikami, przygotowując święta.

Przygotowując prezenty, nie musimy wyznawać zasady „zastaw się a postaw się”. Ważne, żeby robić to z sercem.

A po podzieleniu się opłatkiem – niech każdy nie patrzy w telewizor. Albo jeszcze gorzej – w kilka telewizorów czy komputerów, każdy w swoim pokoju, a nawet jeśli w tym samym, to duchem nieobecny. Wigilię mamy raz w roku i warto spędzić ją razem. Naprawdę razem. Zaśpiewajmy wspólnie kolędy przy wigilijnym stole, nie przejmując się umiejętnościami wokalnymi. Każdy chwali Nowonarodzonego tak, jak potrafi. Poświęćmy naszą uwagę tym, z którymi zasiądziemy do wieczerzy. Ale tak naprawdę, a nie zgodnie z regułą „jak się macie, bądźcie zdrowi”. Może akurat ktoś z naszej rodziny potrzebuje rozmowy, a my nawet o tym nie wiemy, bo nie potrafi nam sam powiedzieć o swoich kłopotach? A może by całą rodziną pójść na Pasterkę?

Boże Narodzenie można obchodzić na wiele sposobów. Wybór należy do nas. Życzę wszystkim, aby był on w tym roku właściwy.

Dobrej nocy!