Patrzę na Krzyż

krzyz_z_grodeckiego_kosciola

Pani profesor siedzi za biurkiem i coś mówi. Docierają do mnie słowa, zdania. To jest seminarium magisterskie, więc prowadząca każdym studentem zajmuje się oddzielnie. Moja kolej już była, więc mogę spokojnie odpłynąć myślami. Zbiera mi się na płacz, muszę powstrzymywać łzy.

Po raz kolejny w życiu czuję, że jakiś kawałek gruntu osuwa mi się spod nóg. Jakiś mój mikro-świat się wali. Może sprawa nie jest bardzo poważna, ale dla mnie w tej chwili znaczy wiele. Nie wiem, co robić, a właściwie to lepiej pewnie na razie nie robić nic. Rozpaczliwe próby wpłynięcia na tą sytuację byłyby tylko próbą kontrolowania czegoś, na co wpływ wprawdzie mam, ale dość mocno ograniczony. Sytuacja nie zależy ode mnie i czuję się bezradna. Zrozpaczona. Znowu runęło coś, co sobie „zbudowałam”. Emocje biorą górę.

W tym momencie przypominam sobie o zaufaniu Bogu. O tym, że przecież wszystko jest w Jego rękach i nic nie może mi się stać. Że nie powinnam się zamartwiać, tylko ufać. Ale jak ufać, kiedy jest tak ciężko? Wydaje mi się to niemal niemożliwe. Ogarnia mnie rozpacz i ufność w to, że będzie dobrze, jest ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę.

Ale wtedy spoglądam na wiszący na ścianie krzyż. Prosty, drewniany, wykonany z dwóch jasnobrązowych listewek. Taki, jaki wisi w każdej sali budynku. Patrząc na niego przypominam sobie o męce Chrystusa i myślę, że skoro On tyle wycierpiał to może i to moje cierpienie ma jakiś sens. Tak jakbym chciała to swoje małe cierpienie zjednoczyć z tamtym Cierpieniem. To nie jest w pełni sformułowana myśl, bardziej uczucie.

Myślę, że Bóg wie, co jest dla nas dobre i może z tej sytuacji też chce jakieś dobro wyprowadzić. Zaczynam myśleć, że wyjdę na prostą, pomimo że chciałabym, aby to „wychodzenie” wyglądało całkiem inaczej. Ale może to właśnie jest konieczna droga. A może coś właśnie musiało runąć, bo tak skrzętnie sobie to zbudowałam, że zatrzymałabym się w miejscu? Mimo bólu zaczynam myśleć, że może ma to wszystko sens i że kiedyś może będzie dobrze. I że mimo tego, że jest jak jest, Bóg wie, co robi. Może tak właśnie ma być i to, co mam teraz zrobić, to patrzeć na Krzyż.

I nie, nie zrobiło się momentalnie dużo lżej czy łatwiej. Zupełnie nie wpisuję się w koncepcję radosnego chrześcijanina, który niczym się nie przejmuje. Problemy nie znikają natychmiast jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Powiedziałabym raczej, że właśnie przeżywam swój osobisty Wielki Post. Jest ciężko, jest trud, ból i łzy. Ale jakby trochę nieśmiało pojawiło się coś jeszcze. Nadzieja.

Wielkanoc

Wszystkim moim czytelnikom pragnę życzyć owocnego przeżycia tego najważniejszego w roku liturgicznym czasu.
Życzę Wam takiego zawstydzenia osobą Chrystusa, który czysty i bez skazy z wielkiego miłosierdzia w pokornym milczeniu zgadza się cierpieć i umrzeć za nasze grzechy, o jakim w swoich internetowych rekolekcjach mówił o. Szustak. Życzę każdemu szczerego przemyślenia odpowiedzi na pytanie „Czy ty znasz Go?”.
Nie chodzi jednak o załamywanie się własną grzesznością i dochodzenie do wniosku, że „do niczego się nie nadaję”. Zawstydzenie to przynieść ma szczerą chęć poprawy i pójścia za Jezusem.
Nie zapominajmy o tym, że ten Krzyż jest tak naprawdę zwycięstwem, naszym Zbawieniem i że „świat ci tego nie da, co dała Krzyżowa Droga”.
Pragnę życzyć także niezrażania się trudnościami. Krzyż nie miałby sensu, gdyby po nim nie było Zmartwychwstania. I takiego duchowego powstania z martwych życzę Wam i sobie. To wszystko, co jest w nas słabe, On ma moc uczynić doskonałym. Wystarczy oddać się w Jego kochające ręce.
A nasze zadanie trafnie chyba podsumowują słowa „Tylko zbliż się, a On zbliży się do ciebie”.
Na koniec tradycyjnie życzę wszystkim radosnych Świąt spędzonych w gronie najbliższych 🙂
—-
Tym, którzy jeszcze nie słuchali i nie wiedzą, o co chodzi, gorąco polecam posłuchać:
Rekolekcje wielkopostne „Jednym słowem” – odc. SZANOWAĆ
Poison – Czy ty znasz Go
Poison – Choćby nam mówili
Zetaigreka, Arkadio, Under, Mak – Świat ci tego nie da